Le Havre, ulubieniec wśród eurosów [recenzja]

13 04 2013

„Le Havre” po rozłożeniu wygląda tak, że fani surowcowego zbieractwa powinni natychmiast paść z zachwytu: góry ryb, gliny, drewna, monet, nawet krowy mają swoje wysypisko! „Le Havre” to gra, która mimo kilkudziesięciu rozegranych partii jeszcze mi nie zbrzydła i nic nie wskazuje na to, by miało się tak stać w najbliższym czasie.

Le Havre

Znowu ten Uwe!

Trafiła do naszej kolekcji jako uzupełnienie gier z najwyższej BoardGameGeekowej półki i jako ostatnia z tzw. „Harvest Trilogy”, czyli trylogii rolniczej Uwe Rosenberga, w skład której wchodzą: „Le Havre” (2008), „Agricola” (2007) i „At The Gates Of Loyang” (2009). Uwe słynie ze swej agro-miłości, a do trylogii marchewkowo-zbożowej dorzucił jeszcze  w 2011 „Ora et Labora” – tym razem rolnictwem i szeroko pojętym przetwórstwem zajmują się mnisi. I nie zapominajmy o… „Fasolkach”! Gra karciana, prosta, w ogóle z innej bajki niż wymienione wyżej, ale także stworzona przez Rosenberga. Jak sama nazwa wskazuje, gracze hodują różne gatunki fasoli. No, mniejsza z tym. Zbieranie warzyw, karmienie zwierząt i późniejsze przerabianie na chleb i mielonkę z jakiegoś powodu jest niezwykle fascynujące, niezależnie od tego, z którego pudełka autorstwa Uwe pochodzi. Akurat „Le Havre” jest najmniej rolniczy ze wszystkich, bo chodzi w nim bardziej o budowanie budynków, a hodowla jest niejako przy okazji.

And the winner is… „Le Havre”

Mimo że „Agricola” depcze „Havre’owi” po piętach, to on jest królem w naszym domu. W tej grze wszystko pięknie płynie – statek po kanale, kolekcjonowanie surowców i półproduktów, kupowanie budynków, przerabianie krów na steki i kłosów na pszenne bułeczki… Przyjemność rozgrywki jest ogromna, gra nie jest bardzo skomplikowana, a jednocześnie ma dużą głębię strategiczną. Trzeba robić wszystko to, co wielbicielom eurosów jest dobrze znane – coś zbierać, coś wydawać, na koniec konsumować, a w razie braków – zajrzeć do banku po bardzo atrakcyjny kredycik. A potem kolejny… i może jeszcze jeden. W tej grze trzeba dbać o wszystko – żeby nie zabrakło żarcia, kasy, surowców i żeby przeciwnicy nie odpłynęli zbytnio na fali mniejszych i większych sukcesów. Do tego, podobnie jak w „Agricoli”, czasu na rozbudowę jest zdecydowanie za mało. Szczególnie pod koniec rozgrywki stan ducha z serii: „już prawie mam milion punktów” nie opuszcza graczy. „Havre”  jest świetnie wyważony zarówno dla dwóch, jak i większej liczby graczy, za co uwielbiam go jeszcze bardziej. Aha, można grać solo, ale w związku z tym, że dorobiłam się wielbiącego gry małżonka, nigdy nie stosuję tego wariantu.

Po kilku partiach widać już, że taktyki mogą być rozmaite. Można inwestować w szybką rozbudowę infrastruktury, stworzyć sprawne centrum żywnościowe, budować wielką flotę, przetwarzać surowce tak, aby były jak najbardziej wartościowe albo grać w sposób wyważony – wszystkiego po trochu. Każda metoda ma szansę doprowadzić do wygranej, ale najlepsze jest to, że nawet gdy ktoś od początku wydaje się mieć dużą przewagę, druga strona w dalszej części rozgrywki może nadrobić stratę. Przekonałam się o tym na własnej skórze, kiedy raz za razem przegrywałam partie, co do których byłam pewna prawie do końca. Przeciwnikowi rosło zadłużenie w banku, ja miałam wszystko pod kontrolą, a i tak ostatecznie łoił mi dupę. Na swoją obronę mam tyle, że ogrywał mnie naprawdę mocny gracz. Komputer.

„Le Havre” + iPad = WNM

Gdy mąż poinformował mnie, że „Havre” wyszedł na iPada, posikałam się z radości (na szczęście tylko w przenośni). Wersja tabletowa jest cudowna! Wygląda bardzo planszówkowo, a jednocześnie słychać chlupot fal rozbijających się o burtę statku odmierzającego kolejne tury, w tle gra klimatyczna francuska muzyczka…

Le Havre w wersji na iPada

Na początku nie mogłam się zorientować, co robią przeciwnicy, bo wszystko działo się bardzo szybko w porównaniu ze spokojną grą przy stole w kuchni, ale już po drugiej partii wpasowałam się w tempo i zaczęłam je doceniać. Fakt, że w ciągu kilku sekund mogę podejść do wirtualnego stołu i grać, jest naprawdę genialny – nagle gra, która zwykle zabiera pół wieczoru, a jej rozkładanie i składanie to cała wielka ceremonia, może być rozegrana kilka razy pod rząd! Najgorsze (i najlepsze zarazem) jest to, że wirtualni gracze są piekielnie mocni, nawet jeśli ustawi się ich inteligencję na minimum. Można też grać online, ale nie próbowałam. Najpierw muszę się rozprawić z iPadowymi cwaniakami.

(agata)

Le Havre
Gatunek: strategiczna, ekonomiczna
Rok: 2008
Wydawca: Lookout Games
Liczba graczy: 1–5
Czas gry: 120–200 minut





Ach, gdyby w Dixit dało się grać w dwie osoby… [recenzja]

23 03 2013

To zdanie wypowiedziałam już chyba milion razy, korzystając przy tym z westchnięcia zawiedzionej żony numer 3. Znaczy westchnięcie ma numer porządkowy 3, żona pierwsza i ostatnia (mam nadzieję!). Wzdycham do Dixita, bo zauroczyła mnie ta – niepodobna do niczego, co znałam wcześniej – gra i po pierwszej rozgrywce wiedziałam, że mogłabym grać, i grać, i grać, igrać… Zastanawiałam się nawet, czy nie dałoby rady stworzyć dummy playera. Albo dwóch. Ale to niestety nie zadziała i o ile do tanga trzeba dwojga, to Dixit jest bardziej wymagający, nawet troje może nie wystarczyć do poczucia tej cudownej satysfakcji po rozegranej partii…

 

Dixit


Lep na baby

Panowie zwykle nie padają z zachwytu, przynajmniej ci, z którymi mam do czynienia. Oni wolą raczej podgryzać sobie gardła, walczą do ostatniej kropli krwi (lub ostatniego żetonu), co nie znaczy, że Dixit im się nie podoba. Za to dziewczęta grające z nami w planszówki to i owszem, chętnie, zawsze. Ja jestem raczej mało dziewczęcą dziewczynką w tym temacie, bo z przyjemnością idę na noże z małżonkiem w nawet najbardziej rozsadzających mózg eurosach, niespecjalnie przeszkadza mi również tematyka naparzanek w kosmosie tudzież bohaterów z mieczami, rzucających zaklęcia na lewo i prawo. Ale prawdziwa dama brzydzi się tą rzeźnicką rozrywką i być może Dixit okaże się jedną z niewielu atrakcji growych, jakie będzie można jej zaoferować. Co za ulga, że warto!

Wizualna psychodela

Dixit – zwycięzca Spiel Des Jahres 2010* – zebrał laury zasłużenie. W świecie planszówkowo-karcianym okazał się świeży niczym mgiełka wiosenna o poranku… czy jakoś tak. Proste zasady (Ty rzucasz skojarzenie, potem każdy rzuca do niego kartę, potem gracze zgadują, która karta jest Twoją kartą, a potem następny w kolejce robi to samo – mówiłam, że proste?), krótka rozgrywka i przede wszystkim niesamowite rysunki Marie Cardouat! – to wszystko sprawia, że mam ochotę do niego wracać i serce mi krwawi, że mąż jest tylko jeden, a syn ma dopiero 10 miesięcy i każda karta wywołuje w nim niezmiennie jedno skojarzenie: pełny śliny otwór gębowy. No cóż, może za parę lat…

84 karty autorstwa Marie Cardouat to – jak dla mnie – 84 małe dzieła sztuki. W dodatku po kilkunastu rozgrywkach wciąż odkrywam w nich nowe sensy, konteksty i drobiazgi. Oczywiście po czterdziestej piątej partii w tym samym gronie prawdopodobnie będę zmuszona kupić któryś z dodatków, a w nim kolejne kilkadziesiąt wybornych obrazów. Cannot wait.

Tylko dla wybranych?

Dixit to gra słowna pobudzająca wyobraźnię. Gra, w której równie ważne jak Twoja wyobraźnia jest to, czy inni gracze nadają z Tobą na tych samych falach. Jeśli Twoje skojarzenia okażą się zbyt dyskretne lub zmyślne – przegrasz. Jeśli będą zbyt oczywiste – przegrasz znowu. Ja z obu tych powodów przegrałam już zbyt wiele razy i wciąż poszukuję złotego środka.

To, czy partia będzie udana, w bardzo dużej mierze zależy od zebranego towarzystwa. Z naszego doświadczenia wynika, że po prostu istnieją ludzie, którzy nie potrafią się wczuć w tę formę i choć są całkiem lotni na co dzień, nie odnajdują się w tym ni trochę.

Ale Dixit ma jedną piękną zaletę: jest duża szansa, że uda się wciągnąć w niego ludzi niezwiązanych ze światem planszówek, bo gra jest prosta, zasady można wytłumaczyć w kilka chwil i jeśli trybiki w głowach zaskoczą, okaże się, że kolejne zwyczajne spotkanie przy piwie/winie/wódce/kawie ze znajomymi zamieni się w bardzo fajny i zaskakujący wieczór. Przy odrobinie szczęścia ci sami znajomi następnym razem sami poproszą o wyjęcie Dixita lub – co niebywałe! – zapragną zapoznać się z jakimś INNYM pudełkiem z naszej kolekcji. 

(agata)

Dixit
Gatunek: towarzyska
Rok: 2009
Wydawca: Hobbity
Liczba graczy: 3–6
Czas gry: 30+


*pełna lista nagród tutaj